Polska partyjna, czyli uczmy się od Kukiza

Rację ma Krzysztof Posłajko, gdy pisze, że polityka w Polsce Kaczyńskiego to – podobnie jak w Polsce Tuska – przede wszystkim sztuka mniej lub bardziej cynicznego zarządzania społecznym konfliktem. Słusznie zauważa też, że procesowi wymiany politycznych kadr, jaka następuje od czasu jesiennych, zwycięskich dla PiS wyborów parlamentarnych nie towarzyszy zmiana reguł gry. Diagnoza ta pozostaje jednak niepełna, jeśli nie uwzględnimy w niej spostrzeżeń, które w ostatnich miesiącach zagościły w publicznym obiegu m.in. za sprawą Roberta Krasowskiego (którego trylogię omawiał ostatnio inny wytrawny bloger NP Karol Templewicz). Bez ich uwzględnienia nie zrozumiemy głębszych przyczyn, jakie stoją za tą – dla wielu niespodziewaną – ciągłością politycznych reguł i obyczajów.

 

Jest oczywiście prawdą, że temperament Jarosława Kaczyńskiego od początku jego politycznej kariery pchał go ku konfliktowi. Wywodzenie z tej konstatacji diagnoz politycznych i systemowych ma jednak wszystkie wady psychologizacji. Mimo bezsprzecznie czołowej roli Kaczyńskiego w kształtowaniu politycznego oblicza aktualnego rządu i – szerzej – polskiej polityki ostatnich minimum kilkunastu lat, dalece niesatysfakcjonująca wydaje się zresztą każda całościowa diagnoza wywodzona z osobistych atrybutów najbardziej nawet wpływowych jednostek. Ten sam zarzut można, nawiasem mówiąc, postawić również Krasowskiemu, który w swoich książkach i publicystyce ostatnich lat koncentruje się na analizie biografii najważniejszych liderów politycznych III RP. Szereg czynionych przez tego autora spostrzeżeń pozwala jednak wnieść analizę obowiązujących w polskim życiu publicznym reguł na wyższy, systemowy poziom.

 

To nie zbieżność temperamentów, ale wykształcona w wieloletnim procesie specyfika systemu partyjnego w naszym kraju pozwala najlepiej zrozumieć bodaj najbardziej paradoksalny wymiar ostatnich wydarzeń, czyli fakt, że – jak pisze Posłajko – mimo radykalnego politycznego przetasowania, do jakiego doszło po ostatnich wyborach, w bardzo wielu obszarach funkcjonowanie naszego systemu pozostało dziwnie znajome i że nic nie zapowiada, by miało się to zmienić. Choć błędem byłoby niedocenianie – z jednej strony – politycznych konsekwencji nawet skromnych zmian w dystrybucji majątku i społecznego szacunku, z drugiej różnic pomiędzy grupami interesu obsługiwanymi i przez byłą i obecną władzę, a z jeszcze innej np. gotowości do to odwoływania się ksenofobicznej bądź kosmopolitycznej retoryki, w świetle szumnych zapowiedzi, a także formułowanej przez konserwatywne środowiska od lat krytyki systemowych patologii III RP, fakt, iż polityczna technologia rządów PiS okazuje się, mówiąc kolokwialnie, “tym samym, co wcześniej, tylko bardziej”, może zaskakiwać.

 

Kluczową zbieżnością pomiędzy Kaczyńskim a Tuskiem, którą pozwala zrozumieć ten paradoks, jest ich – trafnie rozpoznana przez Krasowskiego – koncentracja na wewnątrzpartyjnym wymiarze polityki. Zbieżność ta nie wynika (a przynajmniej nie tylko) z charakterologicznych predylekcji obu polityków, tylko z systemowego rozpoznania, wykształconego wskutek doświadczeń z okresu rozdrobnienia obozu centroprawicowego w latach 90. i lekcji, jaką aspirujący liderzy tej formacji odebrali od “żelaznego kanclerza” Leszka Millera: kluczem do zdobycia pierwszoplanowych pozycji w systemie i utrzymania się w grze jest zbudowanie odpowiednio potężnych organizmów partyjnych i zajęcie w nich pozycji niekwestionowanych hegemonów.

Co owa fiksacja na partyjnym przywództwie oznacza w praktyce? Po pierwsze, pilnowanie równowagi sił w drugim szeregu i eliminowanie potencjalnej konkurencji, po drugie rozdzielanie zaszczytów, stanowisk i innych politycznych fruktów pomiędzy partyjnych baronów i podoficerów w taki sposób, żeby zapewnić sobie relatywny “spokój na dole”. To tu, a nie w doktrynalnym antypisizmie, antykomunizmie czy w wierze w moralną rewolucję, która wiąże się z przejęciem władzy przez “swoich”, należy przede wszystkim dostrzegać najistotniejszego – bo strukturalnego – motywu partyjnego “skoku na instytucje”, przeprowadzanego z coraz większą bezceremonialnością przez kolejne rządzące ekipy (w tym sensie – jak nietrudno zauważyć – PiS to partia systemowa par excellence).

 

Pół biedy, gdyby na nieestetycznym aspekcie powyborczego przechwytywania instytucji się kończyło. Niestety, partiocentryzm polskiej polityki* ma też drastyczne konsekwencje dla kondycji państwa, napędzając i wzmacniając po wielokroć opisane przez krytyków III RP patologie, związane z jego słabością i segmentacją, brakiem spójności i sterowności instytucjonalnej, uniemożliwiające realizację jakiegokolwiek programu reform. Efektem dominacji partyjnej logiki jest sytuacja, w której funkcjonowanie całych instytucji czy resortów podporządkowane jest “wykarmieniu” aparatu. Jako że wszystkim rządzi zasada równowagi sił, mająca na celu niwelowanie zagrożenia pojawienia się konkurencji dla panującego w partii układu, to pomiędzy frakcje rozdysponowuje się nawet nie same instytucje (co wiązałoby się “tylko” z wzmocnieniem resortowości), ale wszelkie stanowiska kierownicze w ich ramach, co przekłada się na permanentną wojnę pod dywanem i dysfunkcjonalność całych urzędów i ministerstw. Tu należy upatrywać też przyczyny braku przełożenia na rzeczywistość wymykających się partyjnej logice diagnoz i narzędzi gromadzonych przez środowiska intelektualne i polityczne think tanki. W ten właśnie sposób tworzy się państwo “istniejące tylko teoretycznie”, którego próżnię pokrywa się następnie politycznym PR i socjotechnicznymi sztuczkami (trafnie opisanymi przez Posłajkę).

 

Jeśli moja diagnoza jest trafna, to w tym poważniej potraktować należy – generalnie niedoceniany zarówno przez mainstream, jak i środowiska lewicowe – ruch Pawła Kukiza, który przez jednych uważany jest za de facto koalicjanta obecnie rządzących, a przez innych – skądinąd słusznie – za coś dalece bardziej groźnego. Przyczyn, dla których to Kukiz’15 – lub jego kolejne wcielenia – jest dziś najsilniej predestynowany do przejmowania głosów wyborców rozczarowanych rządami PiS jest oczywiście więcej niż trafne rozpoznanie patologicznego charakteru upartyjnienia polskiego państwa (która to diagnoza nierzadko, jak w przypadku sporu o Trybunał, wykracza poza poziom populistycznych haseł i pozwala ugrupowaniu Kukiza, jako jedynemu graczowi na politycznej scenie, pokazanie się jako podmiot z wizją ustrojowo-instytucjonalnej, a nie tylko personalno-decyzjonistycznej rewizji III RP), ale w tym jednym przypadku warto, żeby co roztropniejsi krytycy naszego systemu z lewej i z prawej strony czegoś się od Kukiza nauczyli.

 

Na koniec dwa słowa ważnego uzupełnienia. Celem mojego tekstu nie jest oczywiście krytyka partii jako form organizacji życia politycznego jako takich, tylko ich pozycji i roli w polskim systemie ustrojowym. W tym sensie nie ma znaczenia wybrana przez ubiegające się o władzę ugrupowanie forma prawna czy szyld – uczestniczące w życiu politycznym “stowarzyszenia” czy “ruchy obywatelskie” są oczywiście narażone na opisane w niniejszym tekście patologiczne mechanizmy co najmniej w równym stopniu, co partie. Dotychczasowe doświadczenia wskazują zresztą jednoznacznie, że tego rodzaju apartyjność szyldu jest zwykle w polskim wydaniu tanim, populistycznym chwytem, a ruchy i stowarzyszenia wykształcają w polityce swoje własne, zorientowane na polityczne frukta aparaty z łatwością w niczym nie ustępującą partiom. Mało tego, z punktu widzenia prawa partie są formą znacznie lepiej dostosowaną do udziału w życiu demokratycznym, solidniej uregulowaną i wyposażoną w bezpieczniki, których brak np. stowarzyszeniom traktowanym jako baza działalności politycznej (co nie oznacza z kolei, że pozytywnej roli w życiu politycznym nie mogłyby odegrać autentyczne ruchy społeczne).

 

Odpowiedź leży więc nie w zmianie organizacyjnej formy działania (choć nie wykluczam, że dobrze pomyślana nowelizacja ustawy o partiach politycznych, a na poziomie pojedynczych organizacji dobrze napisany statut mogłyby okazać się pomocne), lecz jej treści. Potrzebujemy solidnej diagnozy, krytyki patologicznych praktyk i alternatyw – przykładów świadczących o tym, że możliwe jest tworzenie partii i zarządzanie nimi według modeli innych niż klientelistyczno-frakcyjny. Drugie zaś i ważniejsze wyzwanie stanowią reformy instytucjonalne, które wzmacniać będą – a nie osłabiać, jak ma to miejsce obecnie – autonomię i podmiotowość funkcjonującej na zdrowych zasadach administracji państwa, Polski istniejącej nie tylko w teorii.

 

Maurycy Gocławski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *